Now you can Subscribe using RSS

Submit your Email

Strona w przebudowie

Trwają prace nad poprawieniem jakości i funkcjonalności tej strony.
Wszystkie artykuły są dostępne. Przepraszamy za niedogodności.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muzyka. Pokaż wszystkie posty

17 października 2014

Życie to sztuka improwizacji

Englih&Management Academy

Życie to sztuka improwizacji

"Życie to sztuka improwizacji” - podobnie jak muzyka którą tworzy.
O zderzeniu klasycznej subtelności ze współczesną komercją.
Mad Fiddle: skrzypek z konieczności, artysta z wyboru.

BtS:     „Lindsey Stirling w krawacie”. Zgadzasz się z tym określeniem?
MF:     Absolutnie nie! Owszem, krawat często mi towarzyszy, ale na pewno nie jestem tak uroczo skoczny i szalony na scenie jak Lindsey… Prawdopodobnie ucierpiała by na tym konstrukcja estrady.
BtS:     No tak, nieprzeciętny wzrost.
MF:     Wzrost i wrodzona niezgrabność!
BtS:     A jednak „Mad Fiddle” (ang. szalone skrzypce).
MF:     „Mad” określa charakter moich muzycznych tworów, a nie formy ich przekazu. Jest dość spontaniczny, raczej nieprzewidziany, nawet dla mnie.
BtS:     Odbiorcy twojej twórczości cenią cię za naturalność i uniwersalność, to masz na myśli?
MF:     Staram się nie „aktorzyć”, ani na scenie ani w relacjach z odbiorcami, nie skończyłem szkoły teatralnej, a muzyczną. Uniwersalność trafnie określa mój styl. Wkraczając w tę branżę postanowiłem nie stawiać granic, podejmować każde wyzwanie, to bardzo rozwija nie tylko umiejętności techniczne, ale również poczucie swobody podczas występu, właśnie wtedy da się zauważyć ową „naturalność” u artysty.
BtS:     To chyba ważny element twojej promocji?
MF:     Muzyka, to kapryśny biznes, trzeba cały czas walczyć o dobre imię, o zaufanie i aprobację, tym samym o zlecenia. Nigdy nie wiadomo w jakich okolicznościach zechcą cię wysłuchać, tym samym sprawdzić twoje umiejętności. Według mnie najważniejszą z nich jest zdolność improwizacji. Warto zaskakiwać każdorazowym podejściem: „Jasne! Biorę to!”, bez względu na to czy zapraszają na black party do klubu czy na ceremonię ślubną i chyba to według innych jest właśnie „szalone”. Zbieram doświadczenia, ciągle się uczę, nie poddaję bez względu na to ile razy pęknie smyczek!
BtS:     Sugerujesz, że nie przygotowujesz się do występów?
MF:     Niespecjalnie, ponieważ nigdy nie wiem co mnie czeka. Paradoksalnie jestem przygotowany na każdą ewentualność. To wymaga ogromnego skupienia, ciągłego analizowania, świadomego dobierania swoich możliwości do oczekiwań słuchaczy. Lubię eksperymentować z muzyką, a nutka niepewności zapobiega monotonii!
BtS:     Wzbudzasz wielki szacunek improwizowaną grą na żywo (live act). W którym momencie twoich doświadczeń muzycznych zrodził się pomysł wkroczenia w komercję klubową? Jak to się wszystko zaczęło?
MF:     Koniec studiów. Konsekwencja w przekonaniu, że utrzymam się z tego co kocham. Przygoda z muzyką klubową zaczęła się dopiero po zakończeniu trudnych zmagań z klasyką. Łączenie bitów z subtelnym dźwiękiem skrzypiec stało się zajęciem nr.1.
BtS:     Białe, niestandardowe, bo pięciostrunowe skrzypce – pewnie często pytają cię o ich historię?
MF:     Te skrzypce, to swego rodzaju „znak firmowy” Mad Fiddle. Robiłem je na zamówienie. Celem była innowacja, niesztampowość… planowane utrudnienie gry i idący za tym szacunek odbiorców. Wyjście do ludzi z autorskim pomysłem na siebie zawdzięczam wsparciu rodziny, która zawsze we mnie wierzyła, ale również znajomym z branży muzyki rozrywkowej. To oni pokierowali mnie tam, gdzie wiedzieli, że moje wypociny zostaną docenione.
BtS:     Skończyłeś katowicką Akademię Muzyczną na Wydziale Jazzu i Muzyki Rozrywkowej. Ciężko jest się tam w ogóle dostać. Jak długo musiałeś trenować? Jakie wyrzeczenia Ci towarzyszyły?
MF:     Gram w sumie od zawsze… no dobra, od 20 lat, ale to prawie „zawsze”. Miało być pianino, niestety zabrakło miejsc, a płaczącemu z żalu 6latkowi dali na pocieszenie… skrzypce.
(ciąg dalszy poniżej...)


BtS:     I postanowiłeś pokazać im, że twój talent wyjdzie na światło dzienne bez względu na instrument, który Ci przydzielą?
MF:     Haha nie… Byłem bardzo nieśmiałym, a jednocześnie zbuntowanym dzieckiem, z pierwszą Panią profesor, która musiała się ze mną męczyć porozumiewałem się poprzez pisanie karteczek…
BtS:     Żartujesz! Mnie uprzedzano, że rozmowy możemy nie skończyć do jutra… Uchodzisz za niesłychanie rozgadanego, ogarniętego, z dużym dystansem do siebie i świata gościa.
MF:     Teraz owszem. Całe życie w muzyku „przetrybia” umysł. Zabawnie wspominam te lata, choć znajomi uważają, że za bardzo mnie „przetrybiło”, ale który artysta uchodzi za normalnego? Dzieciństwo niestandardowe, dużo pracy własnej, nie znam połowy popularnych bajek, nie wiem kim jest Buka (podobno lepiej dla mnie), za to wiem jak stworzyć estradowy sterownik świateł w kartonie, a do kompletu reflektory z rury kanalizacyjnej i kolorowych folii do bindowania na imprezę szkolną!
BtS:     Mamy kolejne uzasadnienie pseudonimu „Mad”.
MF:     Coś w tym jest, kiedy nie gram, gmeram godzinami w kablach, aby wszystko… „grało”.
BtS:     Typowy muzyk. Tak ci zostało po latach pracy w firmach zajmujących się nagłośnieniem na polskim rynku muzycznym?
MF:     Całkiem możliwe, choć pewne spaczenia mogą wynikać z przygniecenia przez 120kilogramowy głośnik czy z kilkugodzinnego ugrzęźnięcia w samotności na 10metrowym słupie estradowym.
BtS:     Dość pozytywne te spaczenia, motoryzacja jest jednym z nich?
MF:     Tak, na ile czas pozwoli. Czasem jak wejdę w poniedziałek do kanału, gdzie naprawiam/podrasowuję samochód, to wychodzę z niego w piątek, bo trzeba jechać do pracy. Choć sama podróż w poczuciu satysfakcji, że coś wreszcie działa jest równie przyjemna!
BtS:     Sporo podróżujesz – taki charakter branży. Grywasz w całej Polsce, ale też poza jej granicami?
MF:     Jako Mad Fiddle – głównie w Polsce, choć jestem otwarty na nowe formy współpracy. Dotychczasowe dalsze wyjazdy miały miejsce raczej w towarzyszeniu Zespołu Pieśni i Tańca Chorzów (z którym jestem mocno związany), w ramach międzynarodowych festiwali – Macedonia, Bułgaria itp.
BtS:     Muzyka ludowa? Kolejne hobby? Tu też odnosisz takie sukcesy jak Mad Fiddle, którego znamy?
MF:     Udzielanie się w Domu Kultury pozwala na odsapnięcie od klubowego zgiełku i przesytu komercją. Potrzebuję tego, częstej zmiany środowiska, wyzwań, nie lubię stać w miejscu. ZPiT to zupełnie inne doświadczenie, uczy pracy w zespole, szacunku i pokory wobec tradycji. Podobna mentalność jego członków, rodzinna atmosfera – to pewna wygrana nie tylko na scenie międzynarodowej, ale również w sferze prywatnej – wspólne cele wzmacniają nas, z taką ekipą każdy sukces jest możliwy.
BtS:     Niezliczona ilość wcieleń skrzypka… W którym najlepiej się odnajdujesz?
MF:     W tym prywatnym… w którym nikt mnie nie ocenia. Chociaż dziewczyna dziwnie patrzy kiedy śpiewam do odgłosów wydawanych przez mikrofalówkę, tłumacząc jej, że to przecież skala arabska….
BtS:     Wszędzie słyszysz muzykę, to niezwykłe tak postrzegać otoczenie. Co Cię inspiruje?
MF:     Dźwięk przepalanej wachy z wydechu! A tak poważnie… poczucie, że mam dla kogo grać. Dopóki moje fikuśne pomysły spotykają się z adoracją i uśmiechami ludzi – zapał będzie, chyba nie ma większej motywacji niż doping odbiorców.
BtS:     Jakie plany i marzenia ma Mad Fiddle?
MF:     Realizować się, nie pozwolić szarej rzeczywistości przysłonić celów, choćby były skrajnie nierealne. A precyzyjniej, w kontekście obecnego etapu  – skupić się na dotarciu do szerszej publiczności, zaprezentowaniu nowych projektów, jeszcze bardziej pozytywnie szalonego Mad Fiddla. Szczegóły na moim fanpagu: fb.com/MadFiddleOfficial – serdecznie zapraszam!
BtS:     Na to czekamy. Nie przestawaj zaskakiwać!

31 lipca 2014

Marzenia się spełniają

Englih&Management Academy

„Really Achieving Your Childhood Dreams” to jeden z najbardziej wzruszających a za razem motywujących filmów na YouTube. Randy Pausch, autor wykładu, dowiedział się na miesiąc przed nagraniem, że jest w zaawansowanym stadium raka.

Marzenia z dzieciństwa...

Randy opowiada o swoich marzeniach z dzieciństwa: znaleźć się w stanie nieważkości, grać w Narodowej Lidze Footballu i zostać Kapitanem Kirkiem. Następnie wyjaśnia, w jaki sposób każde z nich spełniło się w jego życiu, nie zawsze w taki sposób, w jaki by tego oczekiwał. Gdy tego słuchałem, przypomniały mi się oczywiście moje dziecięce pragnienia i o jednym chcę Wam teraz opowiedzieć.
Jako dziecko i młody chłopak zasłuchany w Queen, chciałem śpiewać. Zawsze podobały mi się występy gwiazd na wielkich, stadionowych koncertach i urzekało mnie, ile emocji można wyśpiewać w jednej piosence. Niestety, absolutnie i zdecydowanie nie mam głosu do nawet zanucenia jakiejś melodii. Więc wydanie płyty oczywiście nie wchodziło w grę.

spełniają się w życiu zawodowym!

Niedawno zostałem poproszony przez Grzegorza Rogalę i Sagit Zilberman z jazzowej formacji P.G.R. o wykonanie prac tłumaczeniowych. Chodziło o przetłumaczenie na język angielski kilku artykułów, recenzji i wywiadów z zespołem oraz dwóch wierszy.
Cóż, za to właśnie kocham pracę tłumacza – prowadzi mnie w różnych kierunkach rozwoju, pozwala pracować i nawiązywać kontakty z ciekawymi ludźmi, a przede wszystkim spełnia marzenia! Jakim to sposobem? Nagrodą za moją pracę będzie… wymienienie mnie jako tłumacza na nowej płycie P.G.R. Może i nieskromnie, ale właśnie chwalę się Wam „swoją” premierową płytą :)
Zyczę spełnienia marzeń z dzieciństwa. Wystarczy otworzyć oczy!

PS: Płyta „Poezjazz” zespołu P.G.R. będzie miała swoją premierę już za parę dni.
O Randym dowiedziałem się od pana Piotra Czekierdy z Collegium Vratislaviense na śniadaniu Towarzystwa Biznesowego Wrocławskiego.

Autor: Przemysław Wilczyński - tłumacz i specjalista ds. języka angielskiego
www.wilczynskitlumaczy.pl

12 marca 2014

Spełniamy marzenia

Englih&Management Academy
Barbara Rogala

Każdy z nas ma swoje marzenia. Tego jestem pewna. 

Z moich wieloletnich obserwacji ( zwłaszcza w środowisku muzycznym) wynika, że niewielu się do nich przyznaje. Skoro przyznajemy się, to znaczy, że wypowiadamy je na głos. A wypowiedzenie na głos marzeń przez muzyka… to zobowiązuje! 


Na początek spotykamy się z oceną „środowiska”. To czasem rzucone w biegu słowa kolegi lub koleżanki „chyba żartujesz!”, albo „musisz się jeszcze wiele nauczyć, żeby to się udało…”. Jeśli ciągle jeszcze studiujemy, uczymy się, to z pewnością wypowiada się również nasz pedagog. Jeśli pozytywnie – mamy wielkie szczęście. Mur osądów i ocen naszych marzeń przez innych zasłania je same i dzień po dniu odchodzą w niepamięć…

Tak się stało z wieloma moimi marzeniami. Chciałam grać, w wielu miejscach. Potem śpiewać; na scenie, w teatrze… jak każdy muzyk przeżywałam i wizualizowałam sobie swoje występy w przyszłości. Uwielbiam scenę! Uwielbiam koncertować! Spotkałam jednak wielu sfrustrowanych ludzi, którzy te moje marzenia gdzieś mi zabrali. Dzięki Bogu przyszedł także czas walki o realizację marzeń. Stało się to niemal równolegle z poznaniem mojego Męża, a kiedy wyszłam za Niego poczułam, że jestem ważna i że moje marzenia są ważne. To kolejny dowód dla tych, którzy poświęcają całe swoje życie muzyce. Naprawdę uwierzcie, że posiadanie rodziny, dzieci, uwalnia od wielu negatywnych emocji!

Wypowiedziałam swoje muzyczne marzenia na głos i oto się spełniają!



W „Stabat Mater” G.B. Pergolesiego zakochałam się już jako dziecko. Było to na zajęciach z historii muzyki, gdzie usłyszałam je po raz pierwszy. Wtedy zaczęłam bardziej interesować się muzyką barokową. Dodatkowo – co się może zawodowym muzykom wydać śmieszne – to właśnie Pergolesi zaprowadził mnie do Bacha, w którym to zakochałam się na przysłowiowe „amen”. Do tego czasu byłam altowiolistką, która zdawała egzaminy na oceny mocno średnie. Kiedy zaczęłam grać Bacha… już po pół roku pracy wystąpiłam na koncercie „Najlepsi z najlepszych” naszej szkoły. Z suitą Bacha oczywiście. Co znaczy przekonanie i zamiłowanie do tego, co się gra! Bach mnie poniósł i „nauczył” jak ćwiczyć, co jest ważne w muzyce. Dzięki temu zdałam po paru latach z dobrą oceną na Akademię Muzyczną. Pergolesi jednak wracał do mnie nieustannie. Na studiach instrumentalnych pojawiła się propozycja, żebym towarzyszyła wraz z kolegami z wydziału wokalistom, którzy śpiewali na swoich dyplomach właśnie Stabat Mater. Jakie było moje szczęście, kiedy grałam to z nimi! Ciągle jednak skryte, bo marzenia niewypowiedziane jakoś duszą się w człowieku. W tym czasie zaczęłam równolegle naukę śpiewu. Marzyłam więc również o wykonaniu tego dzieła jako wokalistka, ale o tym nikt nie wiedział.

Ponownie Pergolesi dotknął mojego serca w czasie, gdy przeżywałam swoje nawrócenie. Na rekolekcjach w milczeniu, w których brałam udział, organizatorzy sygnalizowali kolejny punkt dnia muzyką z głośników. Gdy przeżywałam wielkie wątpliwości jaką drogą iść, gdy szarpały mną pomysły o zmianie zawodu w głośnikach zabrzmiał Pergolesi, właśnie Stabat Mater.
Jak już wypłakałam się ze wzruszenia to w moim sercu pojawiła się wielka wdzięczność i przekonanie, że to właśnie mam robić. Mam być muzykiem, pracującym nad swoim rozwojem i spełniającym swoje marzenia.

Kiedy po latach nauki gry na altówce, a następnie studiów wokalnych, po założeniu rodziny, poznaniu siebie jako żona i mama, pojawiło się pytanie: „co chciałabym zaśpiewać, gdybym dostała fundusze na realizację takiego projektu?” z radością powiedziałam – Stabat Mater Pergolesiego!

Oto jest! Nie jeden, a trzy koncerty!


6.04 Katedra we Włocławku

12.04 Parafia M.B. Nieustającej Pomocy w Mielcu

13.04 Muzeum Miasta Łodzi, Sala Lustrzana

Towarzyszyć mi będą wspaniali muzyki, posiadający olbrzymie doświadczenie w realizacji podobnych projektów.

Robert Bachara – skrzypce (kierownictwo muzyczne)
Marzena Biwo – skrzypce
Elżbieta Stonoga – altówka
Katarzyna Cichoń – wiolonczela
Andrzej Zawisza – klawesyn
Wanda Franek – alt

Wszystkich Was bardzo serdecznie na te wydarzenia zapraszam, mając nadzieję, że połączenie naszej pasji z dziełem Pergolesiego rozgrzeją Wasze serca.

18 lutego 2014

I po trasie, czyli wykończony muzyk

Englih&Management Academy
zdjęcie: Photl

Czy czytaliście już "Trasa koncertowa od kuchni"?

A oto druga i ostatnia część tego artykułu:

Trzeci etap – po trasie… Słowa te budzą w nas wiele emocji. To zdecydowanie określenie stanu emocjonalno-fizycznego w naszym domu. Jednym słowem – wykończenie. 

Oboje cierpimy w trakcie trasy na brak snu, na nadmiar emocji i adrenaliny. Najlepsze dla nas byłoby, żebyśmy mogli zostać wtedy sami, w celu wyspania się i wyjaśnienia ewentualnych konfliktów powstałych podczas komunikacji telefonicznej, czy mailowej. Nie jest to jednak możliwe. Dzieci budzą się wcześnie rano, szukają kontaktu z tatą, chcą spędzać wspólnie z nami czas. Funkcjonujemy zatem tylko tyle ile naprawdę trzeba, zbierając w międzyczasie potrzebne siły… Co do rytuału zaparzania kawy rozumiemy się już bez słów.
W trakcie naszego stażu małżeńskiego zdarzyło się również, że wyjeżdżaliśmy na koncerty jednocześnie. Po tych doświadczeniach bardzo pilnujemy, żeby nie miały więcej miejsca. Było to w czasie, kiedy Marysia miała ok. 2 lata, a ja byłam w ciąży ze Staszkiem. Zdecydowanie nie polecam takiej organizacji pracy. 

Moje wyjazdy koncertowe nie trwają zwykle dłużej niż 2, 3 dni. Są w większości organizowane przez kogoś innego, więc nie jestem obciążona ich przygotowywaniem  jak to ma miejsce w przypadku wspierania Grześka w Jego działaniach artystycznych i w firmie.
Barbara Rogala z ROGALA MUSIC

Pakuję się, a w zasadzie wrzucam potrzebne rzeczy do walizki i wybiegam z domu. Zwykle chcę wszystko przygotować dla męża, albo dla niani…stąd ten bieg. Wskakuję do autokaru z zespołem i jadę. Ostatnio najczęściej z Vivid Singers w projekcie Queen Symfonicznie. 

Z własnego doświadczenia wiem, że taki wyjazd można przeżyć na dwa sposoby. Albo martwić się tym co dzieje się w domu, albo spędzić ten czas skupiając się na sobie, na relacjach z ludźmi w zespole, na śnie…

Wypróbowałam oba i zdecydowanie bardziej wolę ten drugi! Z rodziną mam oczywiście kontakt, ale staram się nie obciążać sprawami, na które i tak nie mam wpływu z odległości kilkuset kilometrów. Jak jest potrzeba to radzę, odpowiadam na pytania i przede wszystkim modlę się. 

Modlitwa jest dla nas bardzo ważna, zwłaszcza w czasie tras koncertowych. Jednoczy nas ze sobą i pozwala przetrwać najtrudniejsze chwile. Jest także źródłem wewnętrznego pokoju, dzięki któremu nasze dzieci nie odczuwają aż tak mocno napięcia, chaosu czy braku któregoś z nas w domu. Ileż to razy zmawiałam już z córką wieczorny pacierz przez słuchawkę! Bogu niech będą dzięki za telefony!
--
Barbara Rogala - sopran i altowiolistka, właścicielka agencji artystycznej ROGALA MUSIC

9 lutego 2014

Trasa koncertowa od kuchni

Englih&Management Academy
Grzegorz i Barbara Rogala w trasie


Jeśli ktoś myśli, że praca muzyka zaczyna się wtedy, gdy wchodzi na scenę, a kończy wraz z ostatnimi dźwiękami tego wieczoru to bardzo się myli…


Od kiedy wyszłam za mąż za muzyka jazzowego, rytm mojego życia wyznacza „trasa”. To nie tylko okres, w którym Grzesiek wyjeżdża na koncerty. „Trasę” zwyczajowo dzielimy na trzy etapy: przed trasą, trasa, po trasie… Często mamy z tego podziału niezły ubaw! Często też używamy tych nazw jako skrótów myślowych na określenie stanu emocjonalno – fizycznego w jakim się znajdujemy. Grzesiek jest pewnego rodzaju „kombajnem” jeśli chodzi o organizację tras koncertowych. Dlatego każdy etap pełen jest zobowiązań, ale też niespodzianek, które musimy wszyscy unieść… Na początek zaznaczę, że pracujemy w domu. Ci, którzy często rozmawiają z nami przez telefon wiedzą o tym, bo w tle nieustannie słychać zabawy dzieci, w porach obiadowych – stukanie garnków w kuchni, albo nasze granie, śpiewanie. Zależy, kto odbiera telefon.

„Trasę” zwyczajowo dzielimy na trzy etapy: przed trasą, trasa, po trasie…


Do pierwszego etapu przygotowań trasy koncertowej należą m.in. przygotowanie ofert, mailing, rozmowy z kontrahentami, a następnie przygotowanie umów, nieustanny kontakt z artystami, grafikami, którzy projektują plakaty, ulotki. Kiedy wszystko jest już potwierdzone, ustalone, trzeba przygotować i wysłać odpowiednią ilość plakatów w odpowiednie miejsca.
W tym momencie mój wzrok padł na wystające spod łóżka plakaty z różnych tras koncertowych, które „jeszcze się przydadzą”. Marysia, nasza 3.5 letnia córka, bardzo lubi pomagać tacie w pakowaniu plakatów. Obsługa taśmy klejącej należy więc do niej! Ja czasem wypisuję potrzebne dane na plakatach, bo podobno ładnie piszę, a następnie Grzesiek wysyła to wszystko tam, gdzie potrzeba. Cały ten pierwszy etap kosztuje nas z reguły dużo nieprzespanych nocy, w związku z nadmiarem pracy, zwłaszcza tej przy komputerze.

Drugi etap to wyjazd, czyli trasa. Osobiście za nim nie przepadam… Nie lubię, jak mój mąż wyjeżdża z domu. Pocieszam się, że nie jestem jedyną żoną na tym świecie, która tak ma, więc wpadam po prostu w pewien emocjonalny tunel, który nazywam „przeczekaniem”. Najważniejsze, aby nie stracić ze sobą w tym czasie kontaktu. Grzesiek często rozmawia z nami przez telefon. Lubię dowiadywać się, jak idą koncerty, jak reaguje publiczność, jak On się czuje w hotelu, z artystami, organizatorami… Sama opowiadam o codziennych przebojach z naszymi dziećmi. To dla mnie zwykle trudny czas, nie tylko ze względu na tęsknotę za Grześkiem, ale także na nadmiar obowiązków. Przecież nie mogę wziąć wolnego na studiach, w pracy, tylko dlatego, że mój mąż wyjechał na parę dni! Czuję się wtedy jak lwica, która walczy, chce podołać tym wszystkim obowiązkom.


Jest taki dowcip, który przypominamy sobie zwykle w drugim etapie trasy – „czym różni się muzyk jazzowy od kierowcy tira? Tym, że jak dojedzie na miejsce to gra koncert….

Ten etap jest zwykle najbardziej obfitujący w niespodzianki. Nasze dzieci chorują bowiem najczęściej, kiedy właśnie zostaje z nimi sama w domu… A u Grześka? Zepsute auto, hotel nie taki jak miał być, pociąg się spóźnił, korek – nie dojechali na czas, w zestawie perkusyjnym brakuje stojaka, a nuty nie takie jak trzeba… Zwykle jednak wszystko kończy się dobrze. Z pierwszymi dźwiękami, a potem z aplauzem publiczności schodzą wszystkie napięcia.

---
Barbara i Grzegorz Rogala są muzykami, którzy wspólnie prowadzą agencję artystyczną ROGALA MUSIC

26 stycznia 2014

Orkiestra z odzysku

Englih&Management Academy
Skrzypce z odzysku

W chwili, gdy ktoś kupuje na aukcji skrzypce Vieuxtemps za 16 milionów dolarów, młoda skrzypaczka z orkiestry Landfill Harmonic przygotowuje się do próby, strojąc swoje skrzypeczki zrobione z kawałka drewna i tektury. 

Cateura w Paragwaju, to miasto położone na wysypisku śmieci. Ludzie codziennie przeszukują hałdy, aby znaleźć coś, co dałoby się sprzedać. Dzieci ryzykują życiem, aby wśród sterty gruzu, złomu i kamieni znaleźć coś, co dałoby się sprzedać. Nie łudźmy się jednak, zarobione pieniądze nierzadko wydawane są na narkotyki, a dzieciaki trafiają w końcu do gangów. Na tle takiego krajobrazu trudno jest znaleźć człowieka w człowieku. 

Pewnego razu Fabio, nauczyciel muzyki, postanowił wprowadzić eksperymentalny program nauczania. Zamiast myśleć o braku możliwości wprowadzenia okolicznych dzieciaków w świat orkiestr i filharmonii, wprowadził muzykę na wysypisko śmieci. I tak, w szarości i beznadziei zaczęły rozbrzmiewać pojedyncze instrumenty, aż z czasem uzbierała się cała orkiestra.



Członkowie orkiestry Landfill Harmonic grają na instrumentach zrobionych z tego, co znaleźli na śmietniku. Instrumenty dęte, strunowe i perkusyjne to stare szafy, druty, beczki, czy puste kartony i kawałki drewna.
O orkiestrze Landfill Harmonic wiele mówi informacja, zamieszczona na ich fanpage’u: „Świat śle nam śmieci… my odsyłamy muzykę”.


Ale czy te instrumenty naprawdę grają? Grają, i to jeszcze jak! Można ich posłuchać w Internecie i na żywo. Na oficjalnej stronie orkiestry można zapoznać się z ich trasą koncertową, wesprzeć finansowo ich działalność a nawet… zaprosić do Polski.



Dowód na to, że sztuka nie umiera, a świat jest pełen inspiracji, a gdy brakuje możliwości działania, trzeba posłużyć się tym, co się znajdzie.




Warto odwiedzić:
Landfill Harmonic na YouTube
Landfill Harmonic fanpage







--
Autor: Przemysław Wilczyński - tłumacz i konsultant języka angielskiego, twórca projektu Biznes to Sztuka

12 stycznia 2014

Muzyka, firma i rodzina: część-1

Englih&Management Academy

Muzyka, firma i rodzina

część-1


Grzegorz Rogala

Parę dni temu nasza 3 letnia córka Marysia w trakcie wieczornej, biznesowej (a jakże)  rozmowy, wtrąciła się ze zdaniem: „Wiecie co jest dobre na życie?? Miłość!!!”

Z perspektywy Żony…  

Zmieszały się we mnie różne uczucia. Duma – bo w końcu to największa mądrość i moja 3 letnia córka mi ją przypomniała… i wstyd. Co my robimy? W trakcie kolacji z dzieckiem poruszamy tematy związane z trasą, transportem, relacjami z kontrahentami… Marysia wybrnęła z sytuacji w sposób fantastyczny. Po kolacji skakała na środku pokoju krzycząc z radością: „Jestem sobą” !!! Patrzyłam na nią z niedowierzaniem… czy to naprawdę możliwe, żeby była aż tak podobna do mojego męża? Być może nie skacze on za często po pokoju krzycząc „jestem sobą!!!”, choć i to mu się zdarza, ale zdecydowanie jest to postawa jego życia. Nie tylko zawodowego. To główny powód, dla którego postanowiłam z nim współpracować i założyć Agencję Artystyczną ROGALA MUSIC.


Barbara i Grzegorz Rogala

Firma marzyła nam się już od jakiegoś czasu… Oboje mamy bogate życie koncertowe. W rozmowach na ten temat dominowały jednak negatywne emocje. Chyba każdy, kto do własnego biznesu się przymierzał lub przymierza, musi to przejść. Masz kreatywny pomysł, ale kiedy myślisz  o firmie to oczami wyobraźni widzisz, jak stosy papierów zaprzątają najpierw twój umysł, a następnie twój dom…  

Trochę jest w tym prawdy. Zwłaszcza, kiedy firmę zakłada dwoje artystów, którzy o jej funkcjonowaniu mają niewielkie pojęcie. Ale…  dążenie do wiedzy – oto klucz do sukcesu! Zaraz po nim przydaje się umiejętność zadawania pytań. 

W naszej firmie, jak i w życiu (bo trudno rozdzielić te dwie kwestie w przypadku, gdy w firmie pracują dwie osoby i to jest małżeństwo…) uzupełniamy się. Pan Bóg spotkał nas ze sobą w sposób doprawdy niezwykły. Nasze charaktery są tak różne, a jednak tak bardzo sobie nawzajem potrzebne.


Ciąg dalszy...


--
Barbara i Grzegorz Rogala są muzykami, którzy wspólnie prowadzą agencję ROGALA MUSIC

Coprights @ 2016, Blogger Templates Designed By Templateism | Distributed By Gooyaabi Templates